| |
Raymond Benson jest doskonale znany fanom powieściowego Jamesa Bonda. W latach 1997 – 2002 napisał dziewięć powieści o agencie 007, w tym trzy adaptacje filmów: Jutro nie umiera nigdy, Świat to za mało i Śmierć nadejdzie jutro. Jest również autorem niezwykle cenionej książki non-fiction The James Bond Bedside Companion, która na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych stanowiła bodaj najważniejsze kompendium wiedzy o najsłynniejszym agencie Jego Królewskiej Mości. Dlatego też wiadomość o tym, że ten amerykański pisarz ponownie, po ponad dwudziestu latach, nawiązuje współpracę z Ian Fleming Publications zelektryzowała fanów. Tym bardziej, że The Hook and The Eye zapowiedziane zostało jako powieść kryminalna, szpiegowska, romans i… pocztówka utraconej Ameryki, a jej głównym bohaterem został Felix Leiter.
Akcja książki umiejscowiona została w oryginalnej, korespondującej z dziełami Fleminga, linii czasowej. Jest rok 1952. Po utracie nogi i ręki (w powieści Żyj i pozwól umrzeć) Leiter odchodzi ze służby w Centralnej Agencji Wywiadowczej i zatrudnia się w agencji detektywistycznej Pinkertona. Przypadek sprawia, że jednym z pierwszych zadań (poniekąd na zlecenie CIA) jest rozpracowanie… polskiej siatki szpiegowskiej operującej w Nowym Jorku!
W tym momencie z oczywistych względów byłem już przez Bensona kupiony. Zwłaszcza, że to nie jest tak, że Polska jest tu głębokim tłem – znajomość powojennej historii naszego kraju jest istotna dla lepszego zrozumienia tła The Hook and The Eye, w związku z czym pisarz poświęca temu dość dużo miejsca. Ale czy poza tym – bez wątpienia ciekawym – smaczkiem najnowsza powieść z uniwersum Jamesa Bonda ma czytelnikowi dużo do zaproponowania? Otóż niekoniecznie.
Umówmy się: Raymond Benson mistrzem słowa pisanego nie jest. Choć zwykle udanie prowadzi fabułę, ma masę świetnych pomysłów, umiejętnie buduje postaci, to jednak narracja w jego dziełach nie ma w sobie nic z maestrii. Ot, rzemieślnicza robota, która pozwala bezboleśnie śledzić akcję, ale raczej nie sprawia, że czytelnik zatraca się w lekturze. Nie inaczej jest z The Hook and The Eye, w której Benson zdecydował się na narrację pierwszoosobową – z wszelkimi jej zaletami, ale i wadami.
Na pewno zabieg ten do pewnego stopnia zamaskował warsztatowe braki autora, bowiem narracja jest tu bardzo kameralna. Być może do przesady. Skoro The Hook and The Eye w założeniach jest po części powieścią drogi, to Benson mógł i powinien przemierzaną przez bohaterów Amerykę opisać mniej zdawkowo, zwłaszcza zważywszy na jej różnorodność i koloryt. Z tego punktu widzenia śmiało można stwierdzić, że książka nie wykorzystuje pełni swego potencjału. Narracja posuwa akcję do przodu w niespiesznym tempie (co akurat jest zaletą), ale też nie pozwala się czytelnikowi nudzić.
Gorzej natomiast The Hook and The Eye odnajduje się w gatunku szpiegowskim, do którego przecież aspiruje. Wątek polski jest przy tym bodaj najciekawszy i dopóki Benson na nim się skupia, rzeczywiście potrafi zaintrygować. Gorzej, że całość ma szerszy kontekst, którego stawka jest znacznie większa, ale tego asa pisarz wyciąga z rękawa stanowczo zbyt późno, przez co nie rezonuje on z odpowiednią mocą. Szkoda.
Największym zaskoczeniem – tym razem in minus – są jednak bohaterowie. Wszyscy są zadziwiająco płascy, pozbawieni wyrazu. Być może i to jest efektem ograniczeń narracji pierwszoosobowej, choć w interpretacji Bensona nawet tytułowy protagonista jest… mało ciekawy. Kiedy na początku książki Leiter zmaga się z ograniczeniami swojego kalectwa, wówczas faktycznie czytelnik może mu autentycznie współczuć. Później jednak ma nam niewiele do zaproponowania, choć fajne są momenty, w których były agent CIA pokazuje bardziej bezwzględną stronę swojej natury.
Na bezbarwnych bohaterach nie sposób zbudować przekonującego wątku romantycznego, choć w tym przypadku określenie “romans” byłoby zresztą nadużyciem. Owszem, Leiter jest zafascynowany towarzyszką podróży, jednak mając świadomość, że Dora Wysocki skrywa przed nim swoje tajemnice (a w zasadzie zwyczajnie go okłamuje), ich relacja ostatecznie nie przeradza się w nic głębszego. I znów: pomysł na takie poprowadzenie tego wątku jest całkiem niezły – bo nieoczywisty. Trochę gorzej jednak wypada jego wykonanie.
The Hook and The Eye najlepiej sprawdza się jako wspomniana wcześniej “pocztówka utraconej Ameryki”. Benson kapitalnie oddaje realia i ducha lat wczesnych lat pięćdziesiątych. Widać, że autor (rocznik 1955) pełnymi garściami czerpie z własnych doświadczeń i wspomnień. Nieprzypadkowo też część akcji umiejscowiona została w jego rodzinnym Teksasie. Ten aspekt powieści jest naprawdę wyjątkowy, bo Benson wręcz zaraża czytelnika sentymentem. Brawa!
Choć jest to drobiazg, to chwali się, że Benson na tyle szanuje inteligencję czytelnika, że nie czuje się w obowiązku nieustannie mu przypominać, że powieść ta jest częścią uniwersum Jamesa Bonda. Agent 007 jest wprawdzie dwu- lub trzykrotnie przywołany (i chyba nigdy z imienia i nazwiska), ale jest to jedynie symboliczne nawiązanie – zwłaszcza w porównaniu do niedawnych książek Kim Sherwood czy Vaseema Khana, którzy stanowczo z takim zabiegiem przesadzają.
Koniec końców jednak to za mało, żeby The Hook and The Eye uznać za powieść jednoznacznie udaną. Ma swoje momenty, potrafi zaintrygować, a i czyta się ją szybko. Na dłuższą metę nie ma w sobie jednak niczego, co czyniłoby ją wyjątkową, albo chociaż zapamiętywalną. No, może z wyłączeniem polskich akcentów, które jednak tylko dla nas będą tak szczególne. Nawet z gatunku pulp fiction można wycisnąć znacznie, znacznie więcej.
Na szczęście nie jest też tak, że powieść Bensona nie ma czytelnikowi nic do zaoferowania. The Hook and The Eye czyta się szybko i przyjemnie. Pomysł na zawiązanie akcji potrafi zaintrygować, specyficzny duch Ameryki lat pięćdziesiątych fascynuje, a sam Felix Leiter jest na tyle charakterystycznym bohaterem, że z powodzeniem dźwiga opowieść na swoich barkach. Tak więc większym problemem nie jest to, jaką powieścią The Hook and The Eye jest, a jaką mogłaby być. |